Ze smoczkiem nam nie po drodze.

Wczoraj wieczorem odszedł towarzysz i przyjaciel Klonów. Uwielbiany ponad wszystko. Szczególnie doceniany w chwilach trudnych, smutnych. Wtedy kiedy potrzebne było wsparcie okazywał się niezastąpiony. Czasem nawet my, rodzice, nie potrafiliśmy tak perfekcyjnie uspokoić dzieci. Czasem było go za dużo w naszym życiu. Wydawało się nawet, że żaden dzień nie może się obyć bez jego udziału. Odszedł nagle, choć my rodzice przygotowywaliśmy się do tego pożegnania od dawna. Wiedzieliśmy, że w końcu przyjedzie ten dzień, ten wieczór. Strach o to, co nas czeka i jak zareagują Klony nie dawał spokoju. Jak to zwykle bywa strach ma wielkie oczy, a rzeczywistość wszystko weryfikuje.
Wczoraj pożegnaliśmy się ze smoczkiem. W zasadzie dwoma. Trudno, żeby dzielili się jednym.

Trudna przyjaźń ze smoczkiem

Jako ojciec bez żadnego doświadczenia oznajmiłem, że moi synowie nie będą używać smoków. Pierwsze kilka prób charakterów wytrzymałem. Jednak jedna z nich zakończyła się moją sromotną porażką. To było około drugiego miesiąca życia Klonów. Od tamtego czasu, wstyd się przyznać, smoczek stał się lekiem na wszelkie smutki. Lekiem skutecznym, zasadnym i wytłumaczalnym.
Z czasem rozpoczęły się próby ograniczania. Łatwo nie było, ale dotarliśmy do momentu, w którym smoczek towarzyszył nam w trakcie drzemki i w nocy. Długo zastanawialiśmy się jak całą akcję pożegnania ze smoczkiem przeprowadzić. Jak zwykle niezawodna okazała się A. Wczoraj zakupiła dwa przecudnej urody kotki przytulanki. Przez cały dzień opowiadaliśmy chłopcom o tym, że to już czas pożegnać się ze smoczkiem i oddać innym, malutkim dzieciom. O tym, że sami są już duzi i nie potrzebują smoczka. Po kąpieli smoczki zostały przez chłopców ŚWIADOMIE i DOBROWOLNIE wrzucone do specjalnego woreczka, który trafić ma do wspomnianych małych dzieci. W nagrodę za odwagę chłopcy poznali swoich nowych przyjaciół. Co ciekawe była to miłość od pierwszego przytulenia.

Pierwsza noc, pomimo obaw, a nawet mojej paniki minęła bez niespodzianek.
Niespodziankę stanowił proces zbytnio rozgadanego usypiania. No fakt, faktem do tej pory byli zatkani.
Mimo to okiełznany dwulatek w końcu, wydawałoby się, zasypia. Myślisz sobie „yes, yes, yes”, i wtedy tenże właśnie zaczyna klaskać z radosnym „mama”.

Niespodzianki nastąpiły dopiero podczas codziennej drzemki dnia następnego. Staś bezproblemowo zasnął, mruknął, dał się odłożyć do swego legowiska. Janek podobnie. Z tą jednak różnicą, że 20 minut później nastąpił tzw. „alarm smoczkowy”. Niestety Pan Kot (od dziś nazywa się Paluszek) nie zniósł presji. Dla Janka ostatecznie był to dzień bez drzemki, ale dzielnie dotrwał do samego końca, Z uśmiechem na ustach.

Całkiem niedawno rozpoczęła się druga doba „odsmoczkowywania”. Zaliczyliśmy jedną pobudkę, która nie powinna się zdarzyć. Poza tym cisza i spokój. Przynajmniej do tej pory.
Co ciekawe już drugiego wieczoru nie było bezwarunkowego odruchu „ciumciania”.

Zastanawiam się jak to jest z innymi dziećmi. Dużo słyszałem o tym, jak trudny to jest czas, ale czy faktycznie tak jest? Macie jakieś doświadczenia w tej materii? Podzielicie się?

 

Te wpisy mogą Ci się spodobać