A co to? Dziecięce pytania i czasu mijanie.

Obserwacja dzieci poznających otoczenie to jak rozszerza się ich wiedza, jak prą do przodu, po jeszcze więcej informacji i doświadczeń jest niezwykła. To przyzna każdy rodzic. Skupienie na małych buziach i błysk w oku, kiedy dociera do nich sens i wartość ostatniego odkrycia, jest bezcenne. Z czasem nieoceniona jest pomoc rodziców w tym dziele poznania, ponieważ trudne bywają dziecięce pytania.

Książka…

Zaczęło się od książek. Wybór pewnie z racji tego, że oboje z A. od zawsze lubiliśmy dobrą lekturę. Pierwsze własne książeczki chłopcy dostali od nas w okolicach trzeciego miesiąca życia. Ktoś może pomyśleć, że to bez sensu, ale uwierzcie mi, dla naszych synów kontrastowe i fajnie wydane, z dużymi rysunkami były niezwykłą frajdą. Może i mało docierał do nich sens wypowiadanych nazw owoców, zwierząt czy przedmiotów przedstawionych na obrazkach, ale widać było, że kręci ich taka forma zabawy.

Z biegiem czasu przeszliśmy na poziom wyżej. Tam chłopcy poznali Jana Brzechwę. Mistrz krótkich bajek świetnie sprawdził się u nas w domu. Książki jego autorstwa stały się nieodłącznym elementem każdego dnia. Już od samego rana chłopcy łapią się za nie i na swój sposób proszą, by im poczytać.
Najważniejszy rytuał ma jednak miejsce każdego wieczora. Po kąpieli, a przed lulaniem, musi się znaleźć obowiązkowo bajka czytana. Czasem jedna, czasem kilka w zależności od tego, jak atrakcyjny był dzień i jak bardzo w związku z tym chce się spać. Nasz zestaw Brzechwy liczy kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt pozycji. Od razu można poznać, które stanowią te ulubione. Nim się spostrzegliśmy, część książek została niemal w połowie zjedzona! Kto ma ząbkujące dzieci ten wie o czym mowa. I tak „Arbuz” wygląda, jak wyciągnięty psu z gardła. Po pierwsze nadgryziony zębem…. obu synów. Po drugie, żeby było po równo podzielony na pół.

Od jakiegoś czasu chłopcy pociągnęli nas na level hard. Z uporem maniaków zamiast czytania wolą pokazywanie. Wspomniany „Arbuz”, a na każdej stronie kilka owoców i w kółko należy je nazywać w kolejności pokazywania. Jednak kiedy po raz setny z rzędu Jaś pokazuje na tytułowego arbuza, miewam dość. Sytuacja wygląda mniej więcej tak:
Palec Jasia uderza w obrazek arbuza z pytaniem na ustach
– u?
– arbuz Jaśku
puk…u?
– arbuz…
puk u?
– arbuz
puk u?
– MELON!
– eee?

On wie, że ja wiem co to arbuz. Ja wiem, że on też to wie. Ale jego bawi to, że może sobie na to pozwolić i ze mną pogrywać.

Spacer…

Spacery to też taki codzienny rytuał. Wyjątek jedynie wtedy, gdy pada tak, że nic nie widać, lub gdy zmoże nas choroba. W innym wypadku co dzień minimum półtorej godziny spaceru.
Kiedyś sprawa była prosta. Maksymalnie pięć minut po opuszczeniu osiedla zaczynała się drzemka i tata miał luz. Muzyka, przyroda, codzienne zakupy.
Dziś tak różowo już nie jest. Świat jest taki frapujący, kiedy ma się te szesnaście miesięcy. I miałby tata luz, gdyby nie to, że często obaj synowie pokazują w przeciwnych kierunkach. A pokazywanie to jest właśnie ta forma zadawania pytań, które wymagają czasem nie lada kreatywności. No bo jak zrozumieć zatoczony niby mimowolnie łuk ręką obejmujący pół świata za wózkiem? Kombinuj tata.
A potem okazuje się, że syn miał na myśli ścianę mijanego właśnie budynku.

I każdego dnia będzie tylko lepiej. Każdy dzień przyniesie nowy rodzaj ekspresji w zadawaniu pytań na temat świata. Oprócz tego przyniesie też ten trudniejszy poziom pytań. A tata, mimo posiadanych wad wszelakich w ilości licznej, ma luz. To właśnie mnie kręci.
A oczy synów zdają się mówić:
– Więc twierdzisz, że to arbuz? A co on tu, proszę ja ciebie, ma? Zęby? Nos? Pestki?
– MEEEELOOON!!!

Pytaj synku, pytaj. Zadawaj te swoje dziecięce pytana. Tata odpowie na każde wasze pytanie.
I tak naprawdę nic nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. W końcu to ja zostałem przez nich wybrany, by na te dziecięce pytania odpowiadać. Opowiadać historię i być niczym przewodnik dla turystów w prawdziwym świecie.

Często patrzę na nich i chcę zatrzymać te momenty. Bo czas biegnie tak szybko. Oni zmieniają się tak szybko. Z jednej strony czekam dni, kiedy pójdziemy na pobliski orlik pograć w piłkę, a z drugiej wiem, że te chwile, które pozornie mnie denerwują, nigdy się nie powtórzą, nie wrócą. I będzie mi ich brakować. I kiedyś, w przyszłości wspomnę, że „kiedy byłeś synu taki, o taki, mały, to tata Ci bajki czytał i arbuza pokazywał”. A ten biedny młody człowiek nie będzie miał pojęcia o czym ja mówię. A ja będę wiedział, że ojciec bywa jak matka — brakuje mu przedłużenia tych ulotnych chwil z dziećmi i czasem go to smuci i wzrusza.

 

Te wpisy mogą Ci się spodobać