Epitafium

Do tego wpisu przygotowywałem się bardzo długo. Wszystko z powodu emocji, jakie towarzyszą mi w tym przypadku. Z góry uprzedzam, że nie jest to wpis typowy dla tego bloga. To epitafium dla człowieka, którego chciałbym nazywać swoim przyjacielem.

Do rzeczy…

Epitafium

Szukam ujścia dla moich emocji. Szczególnie dla smutku, jaki towarzyszy mi, kiedy przypomnę sobie o tym, że mieliśmy się spotkać, pogadać. Tyle razy to odkładaliśmy. Zbyt wiele. Jego odejście przypomniało mi również zdarzenie, które miało miejsce w roku mojej matury. 18 lat temu, tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego trochę z głupoty, a trochę na własne życzenie zginął mój dobry kolega z licealnej ławki — Tomek. Od tamtej pory, co rok w dniu święta zmarłych na jego pomniku znajduje swoje miejsce znicz ode mnie. Bo choć minęło tyle lat — wciąż pamiętam. O tej bezsensownej śmierci, przypomniało mi odejście Marka. Pożegnaniem, które nie tylko nie powinno się zdarzyć, ale które wbrew wszystkiemu wstrząsnęło mną do granic możliwości. Mieliśmy się zgadać, spotkać, coś ugotować, pogadać… nie zdążyliśmy.

Marek….

…był niezwykłym człowiekiem. Pełen wrażliwości i niezwykłej, naprawdę niebywałej inteligencji. Poznaliśmy się ponad 9 lat temu. Nie, nie był moim przyjacielem. Tego żałuję. Nie starczyło czasu na to, by się zaprzyjaźnić. Za to był wyjątkowym kolegą. Teraz zdaje sobie sprawę jak niewiarygodnie ważna dla mnie była świadomość tego, że po prostu jest. Żeby się waliło i paliło zawsze znajdzie czas na rozmowę. Dla mnie to facet pozbawiony genu egoizmu. Z relacji osób jemu bliższych wiem, że zawsze, ale to zawsze na pierwszym miejscu byli inni, a nie on. Sam doświadczyłem tego kilkukrotnie.

Dokładnie pamiętam dzień, w którym poznałem Marka. To była relacja klient-usługodawca. Ja całkiem niedawno rozpocząłem pracę jako grafik w jednej z firm na warszawskim Mokotowie. On nie dość, że mieszkał nieopodal, to właśnie rozkręcał projekt własnej firmy szkoleniowej, A potem powstał facebook i w tym całym zaganianiu mieliśmy okazję porozmawiać na spokojnie. Marek był wyjątkowo aktywnym „fejsbukowiczem”. Od komentarzy na tematy gospodarczo-polityczne, przez inspirujące kulinaria (pasja i talent nie do ocenienia) po mnóstwo wrażliwości.
Kiedy umarła moja matka i wyraziłem z tego tytułu totalną obojętność wynikającą z relacji, a właściwie jej braku od 20 lat, zaczęliśmy opowiadać sobie o, jak się okazało, wspólnych choćby mentalnie doświadczeniach.

Nigdy nie przeszło mi przez głowę, że będę pisał epitafium. Tak inne, bo przecież trudno byłoby je wyryć na nagrobnej płycie.

Nie będę pisał o tym, że był człowiekiem skomplikowanym. Że miał swoje wady i problemy. Zamiast tego powiem Wam, dlaczego tak wielu ludzi, mimo że niektórzy nie mieli okazji poznać go osobiście, nadal go opłakuje.

Marek w każdym starał znaleźć się to, co najlepsze. Każdego dopingował w dążeniach do celu i nie wiem, czy świadomie, czy też nie, wykonywał niezwykły coaching, wskazując na wszystkie te cechy i okoliczności, które miały posłużyć osiągnięciu celu. Dyskusje, szczególnie te sporne, były niezwykłe. To, co obserwuję dookoła, napawa obrzydzeniem. Każdy poniża każdego, kto tylko ma inne poglądy na dany temat. Marek był inny. Polemika zawsze była rzeczowa. Przy braku argumentów nigdy nie dochodziło do wzajemnego obrażania. Jeśli dał się przekonać, potrafił przyznać rację. Z drugiej strony każdy, kto z nim się ścierał na argumenty i komu w końcu argumentów brakło, potrafił przyznać mu rację. Ten gość wprowadzał dyskusję na zupełnie nowy poziom.

Każdy, kto miał lub ma, przyjaciela, co do którego jest pewien, że choćby się waliło, paliło, to ten będzie obecny, może choć przez chwilę, poczuć się, jaki bliscy Marka.

W tym całym „Markowym świecie” było wiele osób, które skorzystały z jego dobrej rady, otuchy, czy po prostu jego bycia w odpowiednim czasie, w odpowiednim miejscu. W całym tym byciu z innymi zabrakło tylko jednego. Tego, by Marek pomyślał o sobie…

Do dziś jest obecny wśród moich znajomych na fejsie. Tylko jest cichy jak nigdy. Mam nadzieję, że konsekwencją tego, co się wydarzyło, jest wielki spokój, jakiego mam wrażenie, w ostatnim czasie mu brakowało. Marek, choć naprawdę ciężko w to uwierzyć, odebrał sobie życie. Odebrał to, co jest największą wartością nie tylko dla nas, ale także dla innych. Ten jeden raz pomyślał o sobie. Tragedia tkwi w tym, że wtedy właśnie powinien był pomyśleć o całym tłumie ludzi, na którego barkach mógłby się oprzeć, i który to tłum rzuciliby wszystko by tylko mu pomóc, gdyby tylko podzielił się tym, co go zżerało.

Marek, odpoczywaj. Kiedyś jeszcze pogadamy.

 

Te wpisy mogą Ci się spodobać