Swoisty coming out – dzieci z in vitro

Mam dzieci dzięki In vitro.

Żyjemy w dziwnym kraju. Kraju, który kocham, ale którego nie mogę czasem zrozumieć. Żyją tu ludzie cudowni, ale i tacy, którzy mają klapki na oczach i nie potrafią spojrzeć poza czubek własnego nosa. Ludzie, którzy dają sobie wmawiać brednie i powtarzają je dalej. Ostatnio dowiedziałem się, że wraz z A. powinniśmy byli zaakceptować swoją niepłodność, pogodzić się z nią i adoptować dziecko/dzieci, a tak zabiliśmy/zamroziliśmy dziesiątki istnień. Kolejna święta inkwizycja? Naprawdę mam czuć wstyd i okryć się hańbą dlatego, że postanowiliśmy spróbować wykorzystać możliwości, jakie daje nauka, by spełnić największe marzenie życia i zmierzyć się z rolą matki i ojca? Chyba nie bez powodu Robert Edwards otrzymał za swoje osiągnięcie nagrodę Nobla? Rozgorzała dyskusja, która uzmysłowiła mi jedno MAM DOŚĆ! Dość szczucia i poniżania! Dość kłamstw na temat in vitro! Dość poniżania ludzi myślących inaczej niż „prawdziwi Polacy katolicy”.

Jako facet nie widziałem powodu do „chwalenia się” tym, że nie mogę mieć dzieci w sposób naturalny. Owszem, w moim odczuciu podważyło to moją męskość. Jednak w obliczu bzdur, jakie słyszę wokół i to z ust ludzi, którzy jako ostatni powinni zabierać głos w sprawie in vitro, postanowiłem odłożyć na bok swoje ego i opowiedzieć publicznie swoją, naszą historię. Postanowiłem spróbować pokazać, czym jest, i z czym tak naprawdę wiążę się podjęcie wysiłków zapłodnienia za pomocą in vitro. Jeśli choć u jednej osoby wywołam refleksję — uznam to za sukces.

Na wstępie zapraszam do poznania naszej historii.

dzieci z in vitro - conatotata.pl

Nasza historia

W 2011 roku zaczęliśmy z A. starania o dziecko. Kilka miesięcy nieudanych prób nie wzbudziło w nas paniki ani złych podejrzeń. Nieco później zasugerowano nam profilaktyczne badania, w tym również badania nasienia. Do samych badań podeszliśmy raczej bez większych emocji. Wyniki mnie zaskoczyły, choć już wcześniej, gdzieś podświadomie czułem, że może być coś na rzeczy.

Dawno, dawno temu będąc wesołym chłopcem, zachorowałem na świnkę i niestety jej konsekwencjami było zapalenie jąder. Wtedy słyszałem, jak mówiono o tym, że w przyszłości może to rzutować na jakość nasienia, ale cholera, nie aż tak.

Wyniki i dodatkowo ich interpretacja przez specjalistę były jednoznaczne – szansa na naturalne poczęcie zerowa. Inseminacja dawała szansę w granicach błędu statystycznego. Jedyna opcja – In vitro. Wychodząc naprzeciw głosom, które mogą się pojawić, a w moim otoczeniu już się pojawiły – tak rozważaliśmy również adopcję. Przy czym pamiętajcie, że osoby zdrowe, płodne również mogą adoptować dzieci. Serio, serio.

Wyniki badań to był dla mnie cios, który przez długi czas bolał niemiłosiernie. Przestałem czuć się pełnowartościowym facetem. Szczerze, gdyby nie A. pewnie bym się totalnie załamał. Całe szczęście mam bardzo mądrą partnerkę, która obdarzyła mnie olbrzymim wsparciem.
W tamtym czasie o zapłodnieniu pozaustrojowym miałem taką samą wiedzę jak 90% społeczeństwa.

Choć lekarz uprzedzał, że szansa na powodzenie zabiegu w naszym przypadku to około 28%, ja uznałem to niemal za pewnik. Pyk i ciąża.
Mimo zmiany nawyków, zdrowszego odżywiania, rzucenia po 14 latach palenia, rzeczywistość szybko zweryfikowała moją pewność w tym aspekcie.

nadzieja in vitro - conatotata.plPierwsze podejście zakończyło się totalną klapą. Transfer pojedynczego zarodka, który zapowiadał się najlepiej, nie przyniósł założonego celu, czyli ciąży. To z kolei podłamało nas oboje, ale postanowiliśmy się nie poddawać.  W 2013 roku udaliśmy się na drugi po Turcji wymarzony urlop. Postawiliśmy na totalny chillout na Cyprze. Oczywiście to łatwo powiedzieć – nie myśl, rozluźnij się, wyluzuj, odpuść. Gdzieś temat kolejnego podejścia do nas wracał, ale staraliśmy się zostawić to na czas po powrocie do Polski.

Druga próba, kolejne bolesne zastrzyki A. prosto w brzuch. Ponieważ sama nie była w stanie ich wykonywać, robiłem je ja.
Z wielkimi nadziejami poprosiliśmy o transfer dwóch zarodków, by zwiększyć szanse. Po kilku dniach pierwsze badania z krwi.
Siedząc w pracy, starałem się skupić na czymś innym niż myślenie o wynikach.
A. wysłała mi maila -„And who’s the greatest Daddy in the World?”. W załączeniu wyniki B-HCG na poziomie 317. To mogło oznaczać tylko jedno. Będziemy mieli dziecko!!!

Wizyta u lekarz prowadzącego procedurę in vitro. Nasze nastroje odmienne od tych, jakie towarzyszyły nam podczas weryfikacji poprzedniego podejścia. Lekarz nieco zmartwionym głosem oznajmił, że będziemy rodzicami bliźniąt.
Fakt ciąża bliźniacza to swoista patologia, ale w tym momencie była to najwspanialsza informacja na świecie.
Chciałem skakać, chciałem śpiewać, wykrzyczeć całemu światu swoje szczęście.

udane in vitro - conatotata.plNiespełna 32 tygodnie później, 28 marca 2014, sporo przed czasem, przyszli na świat nasi najwspanialsi synowie..
Mieliśmy szczęście! Nie wszystkim udaje się tak szybko. Ci, którym wystarcza determinacji, wiary i środków finansowych próbują latami, z nadzieją na to, że tym razem się uda. Nikt nie ma prawa odbierać im tej wiary!

To tylko wycinek prawdziwej batalii pełnej poświęcenia i łez. Ogromu pracy i wiary A. i mojej. Jedno czego jestem pewny, to, że gdyby nie A. nigdy nie usłyszałbym magicznego słowa „tata”, dzięki któremu poczułem się człowiekiem spełnionym i naprawdę szczęśliwym. I nikt nie ma prawa odmówić nam tego szczęścia.

Wszyscy, którzy tak piętnujecie in vitro, czy naprawdę potrafilibyście spojrzeć podobnym nam parom w oczy i powiedzieć, że nie mamy prawa do rodzicielstwa?
Czy gdyby to Wam przyszło mierzyć się z takimi trudnościami, gdyby okazało się, że nie będziecie mogli mieć dzieci, to czy poddalibyście się, godząc się z takim losem?
Zanim kogokolwiek osądzicie, postawcie się w podobnej sytuacji. To, co będziecie w stanie odczuć, nie będzie nawet promilem bólu, jaki towarzyszy walczącym o dziecko nie-rodzicom.

Te wpisy mogą Ci się spodobać