Żłobek – czy to tylko wylęgarnia chorób?

Początek września jawił mi się niczym długo oczekiwany urlop. Gwiazdka u schyłku lata. Oto po dwóch latach codziennej opieki, moje Klony poszły do żłobka.
Cudowny czas powiadam Wam. Przynajmniej chciałbym tak powiedzieć, ale żłobek mi na to nie pozwolił. Nagle pojawił się dylemat – żłobek czy dom?

Przedwczesna radość

Wiadomo, że małe dziecko nie wszystko przyjmuje takim, jakim zastanie. Potrzebuje czasu na ułożenie sobie wszystkiego po swojemu. Na przyzwyczajenie się do nowego rozkładu dnia, nowego miejsca, nowych ludzi.
W naszym żłobku okres adaptacji to 14 dni. Dwa tygodnie, kiedy to dziecko i rodzice działają na trochę innych zasadach. Moje Klony to mądre istoty, z którymi da się sensownie porozmawiać. Odbyliśmy wiele rozmów na temat samego żłobka, jego robili i ogólnie wytłumaczyliśmy, że to kapitalne miejsce, pełne zabaw, śmiechu i radości. Przyszedł TEN dzień. Radośnie pokicaliśmy do żłobka. Chłopcy zostali z mamą i rozpoczęli oswajanie z nowym miejscem. Tak przeleciał nam pierwszy tydzień.

Bardzo ważne jest to, że od początku to rodzic tak naprawdę decyduje, jak przebiega adaptacja. Nawet jeśli, któraś z Pań opiekunek sugeruje pewne rzeczy, czy przyspieszenie samego procesu, to rodzic ma ostatnie słowo. Jakby nie patrzeć nikt naszych dzieci nie zna lepiej niż my sami.

Kolejne dni to znacznie wyższy poziom. Dziecko zostaje w żłobku bez rodziców. Oczywiście wcześniej odbyliśmy rozmowy na ten temat. Wydawało się, że wszystko jest ok. Jesteśmy dogadani. W zasadzie byliśmy aż do drzwi sali, na której bawią się dzieci.

Przeżyliśmy pierwszy lament i szloch, ale już wcześniej tłumaczono nam, że to poniekąd taka próba sił. Ten, kto podda się pierwszy, przegrywa. Mimo że serce krwawi, a w uszach wciąż słyszysz wołanie i płacz, kiedy dzieci oglądają już Twoje plecy, robisz swoje. Wychodzisz.
Po kilku godzinach wracasz. Oczywiście moje Klony nie byłby sobą, gdyby w związku z tą sytuacją nie pojawiły się wyrzuty, że jak to tak, oni tu sami, płakali, a my jakby nigdy nic sobie poszliśmy. Z dnia nadzień wyglądało to coraz lepiej, aż…

Pierwsza przerwa od żłobka

Gdzieś, kiedyś słyszałem, że żłobek to w zasadzie jedno wielkie zwolnienie lekarskie, że koniecznie należy wykupić abonament w aptece. Nie chciało mi się w to wierzyć. Kolega wspomniał, że jego córka w ciągu roku w żłobku spędziła może półtora miesiąca.
Moi chłopcy poza wcześniaczymi przygodami nie chorują dużo. Jednak pierwsze kichnięcie obcego dziecka zapaliło lampkę w głowie. Pierwsze kaszlnięcie mojego własnego wszczęło alarm. I oto po dziesięciu dniach spędzonych w żłobku zaliczyliśmy pierwszą przerwę, która ostatecznie trwała… 3 tygodnie.

Cała adaptacja wzięła w łeb. Po chorobie, kiedy już wszyscy (tak, koniec końców dopadło wszystkich domowników) stanęliśmy na nogi, wróciliśmy do ponownego oswajania się ze żłobkiem. Oczywiście wciąż słyszę wyrzuty, że „płakałem w żłobku, a tata poszedł do pracy”. Mimo to jest coraz lepiej. Z każdym dniem…

Radość z powrotu do żłobka? Nic z tych rzeczy…

Po czterech dniach spędzonych wśród rówieśników rozpoczęło się kichanie, kasłanie, smarkanie i tak oto dziś czeka nas kolejna wizyta u pediatry. A rodziców odnowienie abonamentu w pobliskiej aptece.

Żłobek czy dom ? – czy żłobek to tylko wylęgarnia chorób?

Pierwsze co przychodzi mi na myśl to, że tak właśnie jest. Żłobek jest wylęgarnią chorób. Oazą dla bakterii i wirusów. Z drugiej strony patrząc: a jak niby ma być? Każde skupisko czy to małych, czy dorosłych ludzi powoduje, że radykalnie wzrasta prawdopodobieństwo zachorowania na cokolwiek. Czy w żłobku, przedszkolu, można by tego uniknąć? Pewnie tak, ale wtedy należałoby zmienić nazwę na „izolatka”. Każde dziecko opakować oddzielnie w sterylną przestrzeń bez możliwości dostępu kogokolwiek i czegokolwiek z zewnątrz. Tylko że chyba nie do końca o to chodzi w socjalizacji małych istot.

Istnieje również teoria, że dzięki temu dziecko buduje swoją odporność. Oby tak było i oby następowało to jak najszybciej. Inaczej bardzo szybko portfele rodziców zachorują na pustkę mimo abonamentu w aptece.
Warto też wspomagać się naturą. W tym wypadku z pomocą przychodzi tran, o którego dobrych właściwościach nikogo przekonywać nie trzeba, oraz syrop z cebuli, miodu i czosnku. Taki syropek to najbardziej naturalny z możliwych antybiotyk. Zgoda nie pachnie pięknie. Nie smakuje jak ambrozja. Jednak zdecydowanych cech leczniczych nie można mu odmówić. Patent pamiętam jeszcze ze swojego dzieciństwa. Ostatnimi czasy w naszym domu przypomniała go moja A. (zapraszam do przeczytania przepisu).

Jeśli do tej pory nie mieliście styczności z instytucją żłobka i panicznie boicie się wzrostu ilości zachorowań Waszych pociech, śpieszę z pocieszeniem. Każdy z nas przez to przechodzi i przechodzić będzie. Możemy starać się minimalizować skutki i odpowiednio dbać o to, by wszelkie choróbska odwiedzały nas jak najrzadziej. Pamiętajcie jednak, że poza tą ciemną stroną, żłobek posiada i pozytywy. W przypadku Klonów pierwszym pozytywnym wydźwiękiem żłobka są zajęcia z rytmiki, które uwielbiają, i na które czekają z niecierpliwością. W perspektywie zaplanowane są również przedstawienia teatralne. A wszystko to w żłobku publicznym.
Relatywnie rzecz biorąc nie ma znaczenia czy żłobek jest publiczny czy prywatny. I tu i tam choruje się tak samo.

 

Te wpisy mogą Ci się spodobać